Mainstream - adwokaci Hamasu.
Media pokazują Gazę tak, jak chce Hamas: ruiny są w kadrze, ale sprawcy wojny poza kadrem.
Nie trzeba fałszować zdjęcia. Wystarczy pokazać ruiny i usunać z kadru tych, którzy doprowadzili do wojny.
To jest właśnie trik zachodniego mainstreamu w relacjach z Gazy. Nie zawsze ordynarne kłamstwo jest używane, coś znacznie skuteczniejszego: selekcja obrazu, selekcja kontekstu, selekcja winy.
Hamas buduje tunele pod społeczeństwem, którym rządzi. Zaczyna wojnę i morduje ponad 1200 osób. Później chowa się wśród cywilów. Hamas wie, że im więcej cierpienia pokaże światu, tym większa presja spadnie na Izrael. A potem przychodzą największe redakcje świata i robią dokładnie to, czego Hamas potrzebuje: pokazują skutki wojny tak, jakby jej przyczyna była nieistotna.
Portal HonestReporting opisał sprawę niewygodną dla wielkich marek medialnych jak Reuters, Associated Press, CNN, „Time” i „The New York Times”. W swoich fotograficznych podsumowaniach 2024 roku promowały obrazy z Gazy wykonane przez fotografów, którzy byli propagandzistami Hamasu. Chodzi m.in. o Mohammeda Salema z Reutersa, Fatimę Shbair z AP oraz Samar Abu Elouf związaną z „New York Timesem”.
I teraz najważniejsze: problemem nie jest to, że zdjęcie pokazuje cierpienie. Cierpienie cywilów w Gazie jest realne. Problemem jest to, że mainstream zamienia to cierpienie w akt oskarżenia przeciw Izraelowi, jednocześnie usuwając Hamas z ławy oskarżonych.
Reuters wyróżnił zdjęcie Mohammeda Salema: suknie ślubne na manekinach stojące wśród zniszczeń w Khan Junis. Obraz niemal idealny dla zachodniego redaktora: poetycki, ponury, gotowy do galerii „najlepszych zdjęć roku”. Reuters sam opisał je jako kadr łączący śmierć i życie, wykonany 7 października 2024 roku, w rocznicę ataku Hamasu na Izrael.
Tyle że trzeba przypomnieć niewygodny kontekst: Salem w 2017 roku odebrał wyróżnienie od Hamasu w imieniu swojego brata Suhaiba, szefa działu reportażu fotograficznego Reutersa w Gazie. Wyróżnienie wręczali wysocy przedstawiciele Hamasu: Khalil al-Hayya i Mushir al-Masri.
Czy to znaczy, że każde zdjęcie Salema jest fałszywe? Nie. Ta propaganda. nie musi fałszować każdego pikselu. Wystarczy, że użyje prawdziwego cierpienia, ale poda je bez przyczyny, bez sprawcy i bez struktury, która to cierpienie produkuje.
Associated Press również pokazała zdjęcia Fatimy Shbair — m.in. uszkodzone domy w Rafah oraz Palestyńczyków uciekających z Gazy. AP podaje podpis, datę, miejsce, autora. Wszystko wygląda schludnie, profesjonalnie i neutralnie. Bo Shbaira to profesjonalistka, tyle że wcześniej brała udział w promocyjnym nagraniu związanym z wydarzeniem Hamasu w 2021 roku i dziękowała tej organizacji terrorystycznej za jego działania.
Gdyby fotograf z Ukrainy był wcześniej honorowany przez struktury rosyjskiej okupacji w Doniecku, zachodni mainstream natychmiast mówiłby o dezinformacji, wojnie hybrydowej i operacji wpływu Kremla. Powstałyby podcasty, raporty, panele eksperckie i dramatyczne teksty o „zagrożeniu dla demokracji”, ale gdy chodzi o Izrael, nagle robi się cisza. Pojawia się magiczne słowo: „humanitaryzm”. I pod jego osłoną można przemycić niemal wszystko.
Najbardziej kompromitujący jest przypadek „New York Timesa”. Gazeta pokazała zdjęcia Samar Abu Elouf jako mocne obrazy wojny. Portal HonestReporting przypomina, że w 2021 roku Abu Elouf była honorowana jako „partner medialny” biura propagandy Hamasu. Sam „New York Times”, odpowiadając na zarzuty, nie zaprzeczył, że fotografowie w Gazie uczestniczyli w wydarzeniach organizowanych przez tamtejsze tuby propagandowe terrorystów; tłumaczył to realiami pracy w Gazie.
Hamas kontroluje dostęp, akredytacje i warunki pracy w Gazie, więc wydaje się, że każdy poważny redaktor powinien mieć odruch podejrzliwości. Nie wobec cierpienia ludzi, ale wobec systemu, który decyduje, kto może to cierpienie fotografować, jak je opisywać i w jakiej narracji wysyłać światu.
Reuters w swoich własnych standardach pisze o dokładności, równowadze, wolności od stronniczości i ujawnianiu konfliktów interesów. Pisze też, że dziennikarze mają unikać sytuacji, które choćby stwarzają wrażenie konfliktu interesów. Piękne zasady. Szkoda, że najwyraźniej stają się mało ważne, gdy kadr z Gazy zbyt dobrze pasuje do antyizraelskiej opowieści.
Hamas jest organizacją terrorystyczną objętą sankcjami Unii Europejskiej. To nie jest lokalny klub prasowy, nie jest fundacja medialna, nie jest egzotyczny urząd komunikacji społecznej. To aparat władzy organizacji, która 7 października dokonała masakry i porwań, a potem rozpoczęła najskuteczniejszą operację propagandową naszych czasów.
A zachodni mainstrem kolejny raz pokazał ślepotę wobec Hamasu.
Nie dlatego, że nie ma dostępu do informacji, bo ma. Nie dlatego, że nie zna zasad etyki. Sam je napisał. Nie dlatego, że nie rozumie propagandy. Rozumie ją świetnie, gdy źródłem jest Rosja, Trump, prawica, konserwatyści albo ktokolwiek inny spoza ulubionego ideologicznego katalogu.
Problem zaczyna się wtedy, gdy propaganda uderza w Izrael. Wtedy sceptycyzm dziwnie słabnie. Hamas staje się mgłą. Izrael staje się jedynym widzialnym aktorem. Palestyńskie cierpienie zostaje pokazane, ale palestyński terroryzm znika.
Tu dziennikarze stają się adwokatami Hamasu.
Wystarczy pokazać świat tak, by Hamas nigdy nie wyglądał na winnego. Nie trzeba pisać peanu na cześć terrorystów. Wystarczy konsekwentnie podpisywać ruiny tak, jakby powstały z kaprysu Izraela, a nie z wojny rozpoczętej i prowadzonej przez organizację, która uczyniła cywilów swoją tarczą, scenografią i argumentem.
I dlatego każdy odbiorca, także polski widz FaktówTVN, powinien być ostrożny, kiedy największe redakcje świata podają mu „poruszający obraz z Gazy”. Niech patrzy. Ale niech pyta: kto zrobił zdjęcie? W jakich warunkach? Kto pozwolił mu pracować i na jakich warunkach? Czego nie ma w kadrze? Kto korzysta na tym, że właśnie ten obraz obiega świat?
Jeśli mainstream tego nie rozumie, jest głupi. Jeśli rozumie i mimo to publikuje w ten sposób, jest cynicznym oszustem.
W obu przypadkach nie zasługuje na zaufanie

